|
Blog > Komentarze do wpisu
Halo, halo, jest tu kto?
Chyba tym razem przesadziłam - nie było mnie ponad PÓŁ ROKU!
To chyba niemożliwe, żeby czas tak szybko płynął... Chociaż coś w tym jest - Maleństwo nosi ubranka rozm. 86-92. Śpiochy ma nawet 24-miesięcznego brzdąca :) No i nogi mu wystają z wózka ;) Dzisiaj motocykle zaatakowały mnie dwukrotnie, nietypowo, co uznałam za ZNAK: trza do pisania wrócić, wziąć się w garść, naładować padnięty akumulator (w Trampku też) i z radością oczekiwać światełka w tunelu, czyli oby do wiosny :)
Na pierwszy ogień idzie artykuł znaleziony w dzisiejszej Angorze:
Zdjęcie mówi samo za siebie, a jak kto ciekawy. niech przeczyta artykuł :)
Druga inspiracja to wspomnienia na blogu "kraftowym"
Zuzia Górska wspomina tam: Ostatnio moja mama poprzegrywała filmy z VHSu na DVD. Stare, sprzed około 20 lat. Znalazły się tam między innymi moje występy z Domowego Przedszkola ( dziury w kapciach na wystające palce to chyba był standard? ), nagrania moich egzaminów ze szkoły muzycznej, ale również imprezy moich rodziców, bal przebierańców na którym przebrany za cygankę dentysta rwał zęba facetowi przebranemu za baletnicę, narzędziami pozyczonymi od dentystki przebranej za dentystkę. Nagrania imprez motocyklowych - bo przede wszystkim na takie wtedy rodzice jeździli, a że zawsze brali mnie ze sobą, miałam niezły powrót do przeszłości. Mój tato w dredach, moja mama w skórzanych spodniach, z warkoczem, wszyscy zapakowani do busa "ogórka", z motocyklami na pace. Ja spałam sobie wygodnie z tyłu, na silniku. Ciepło było, mieściłam się. To były fantastyczne czasy. Pamiętam że w skrytce z przodu, zamykanej na chromowaną klameczkę, był śpiewnik i potrafiliśmy całą drogę "prześpiewać" - pamiętam, jak pytałam mamę, co to znaczy "szlochać" ( " Z młodej piersi się wyrwało i za wojskiem poleciało tralala i po nocach tęsknisz szlochasz").
A w mojej szkole muzycznej, do której potem poszłam, nauczyciele często nie odpowiadali mu dzień dobry. Bo miał dredy i przyjechał motocyklem, a nie grał pierwszych skrzypiec w filharmonii. Ja miałam sporo nieobecności - bo dużo wyjeżdżaliśmy. Nie grałam po 8 godzin dziennie, jak niektóre koleżanki z klasy. Ale czy to był powód aby tak nas traktować? Prawda, że nie? Ale ile ja się strachu najadłam ile poniżających słów musiałam przyjąć na klatę.. I co? :)
A co do fantazji... Wczoraj wybrałam się do baaardzo duużego sklepu po czapki mikołajowe. Dział z zabawkami przytłaczający. Oczopląs to za mało powiedziane. Ale część z zabawkami dla dziewczynek PRZERAZIŁA mnie: przede mną wyrósł RÓŻOWY Mount Everest!!! Gdzie tu miejsce dla fantazji, kreatywności, różnorodności??? Czego można się nauczyć dostając gotowy, w pełni wyposażony różowy domek lub Barbie z kompletną garderobą? Na czym polega kreatywna zabawa w dzisiejszych czasach? Na odgrywaniu narzuconych z góry ról w zuniformowanym środowisku? Wspominam swoje dzieciństwo, które przypadło na lata "głębokiej komuny" i do dziś pamiętam własnoręcznie zrobione meble dla lalek, ubranka szyte i dziergane z resztek materiałów i włóczki cudem wyżebranych u Babci lub Cioci. Łódki z kory i piszczałki z gałązek wierzby. No i kapsle do gry w "kolarzyki". To były moje skarby, pilnowane i szanowane. Ludzie tacy jak rodzice Zuzi czy Maciej Sitko, którzy ciężko pracowali, aby zdobyć wymarzony motocykl lub go odrestaurować, w pełni doceniają to, co mają. Bo w swoją pasję włożyli serce i całe pokłady kreatywności. I to właśnie dlatego ich historie są dla mnie inspiracją. poniedziałek, 28 listopada 2011, blackgodiva
|
|